Uśpione Anioły
To w nas tkwią uśpione Anioły – uśpione Dobro, które powraca, gdy tylko im otworzymy szeroko okno serca i pozwolimy im wyfrunąć prosto w rozgwieżdżone niebo. Wierzę, że to dobro powróci, – że Agnieszka, Magda, Piotr, Paweł, Arek, Krystian, Gosia – i inne dzieci Paczki, oddadzą kiedyś to Dobro dalej.
Grudzień 2008. SZLACHETNA PACZKA dobiega końca. Finał dostarczył niesamowitych emocji, przeżyć. PACZKA otwiera moje serce - święta spędzam pełna wielkiej radości, mimo rożnych problemów, które sie nawarstwiają – zupełnie inaczej je przezywam... W wigilijny wieczór zasypiam z uśmiechem na twarzy, myśląc o grającym kolędy ciężko chorym Arku. „Cicha noc” już nigdy nie będzie dla mnie taka sama...
Zaczynam gorzej widzieć, ale zwalam to na karb zimowego światła, zmęczenia i nadmiaru pracy przy komputerze i papierkach. Układam archiwa, spisuje dane, praca wymaga skupienia i bardzo sprawnych oczu. Co miesiąc zastanawiamy sie z kolegą, czy praca jeszcze będzie, czy nie... Umowa zlecenia przedłużana co miesiąc nie daje poczucia bezpieczeństwa.
Jednocześnie cały czas podczytuję stronę Wiosny. Nie mogę się doczekać kolejnej edycji SZLACHETNEJ PACZKI – opowiadam o swoich przeżyciach znajomym, coraz więcej osób interesuje się tą akcją.
Idę w końcu do okulisty. Diagnoza jest dla mnie jak cios obuchem w głowę – odklejenie siatkówki, konieczna natychmiastowa operacja. Idę ulicą i płaczę ze strachu i niepewności – lekarka przedstawiła mi bardzo długą listę rzeczy, które mogę, a których nie mogę robić. Wynika z tego, że od teraz moje życie ulegnie zmianie. A ja nie lubię zmian. Nie takich...
W klinice chaos. Siedzę zagubiona na korytarzu i patrzę na chorych ludzi, ściskam za rękę mojego chłopaka. Nie chcę być chora, myślę ze złością. Pielęgniarka przeprowadza przez korytarz starszą kobietę, siwą jak gołąb, kobieta nie widzi na oboje oczu – przechodząc przez drzwi gabinetu zahacza ramieniem o klamkę, traci równowagę. Nie chcę być zależna od kogoś, przebiega mi przez głowę, chcę być samowystarczalna! Przeżywam na przemian rozpacz i nadzieję, żal, załamanie. W międzyczasie następny cios: moja mama przechodzi utajony zawał. Trafia do szpitala – tam okazuje się, ze przyczyna jest choroba nowotworowa krwi, czerwienica. Mama rozpoczyna leczenie, ma dobra opiekę... Ale ja nie mogę jej pomóc w żaden sposób, termin operacji juz wkrótce. Ojciec prosi o pomoc w opiece nad chorym bratem – musze mu odmówić, nie mogę nic podnosić ani dźwigać. Czuje się z tym fatalnie. Nie mogę spać, pracować, jeść, jestem przemęczona i osłabiona. Co za czas...
Jest listopad 2009 roku. Jadę do Katowic, do kliniki okulistycznej na operacje oka. W szpitalu odwiedza mnie koleżanka, której siostrę z rodziną wielodzietną zgłaszałam do PACZKI rok wcześniej. Opowiada mi, że i w tym roku przyszli do nich wolontariusze – to wielka radość dla tej rodziny... Na koniec przekazuje mi pozdrowienia od siostry, modlą się całą rodziną za mnie i moją operację... Kładąc się spać coś dławi mnie dalej w gardle – i to nie jest wina śląskiego powietrza...Myślami jestem z wolontariuszami, którzy odwiedzają rodziny, pracują nad baza... Obiecuje sobie, że za rok na pewno dołączę do nich. Teraz muszę wyzdrowieć...
Operacja się udaje, jednak teraz wynik leczenia zależy ode mnie. Nie wolno mi pracować fizycznie, schylać się, podnosić, dźwigać, nagle zmieniać pozycji. Nie wolno mi gwałtownie kaszleć, przeć, kichać, wchodzić po schodach, jeździć na rowerze po wertepach. Mam spać na brzuchu i boku. Zwolnienie lekarskie, bardzo długie i pierwsze zmartwienia – nie wiadomo, kiedy ZUS wypłaci mi chorobowe... Za coś trzeba żyć. Mój chłopak miał obowiązkową rezerwę w pracy – akurat przed świętami mniej zarobi. „Nie martw się, najważniejsze są teraz twoje oczy” mówi i przynosi mi herbatę z sokiem malinowym. Znów coś dławi mnie w gardle...
Jestem nieporadna w codziennym życiu. Nie mogę podnieść czegoś, co spadło ze stołu, bo muszę się schylić. A tego mi nie wolno. Nie mogę podnieść kawałka drewna żeby dorzucić do pieca. Jest ciężki, a mnie nie wolno dźwigać. Mam kłopot z myciem pleców i głowy, bo gdy za mocno ją skręcam, boli mnie oko, mam zawroty głowy. Nie mogę nagle zerwać się z łóżka do telefonu, bo tracę równowagę a do tego boli mnie oko. Nie mogę obrać i pokroić cebuli, bo szczypie, podobnie z przyprawianiem potraw. Banalne zwykle czynności życia codziennego! Dociera do mnie, jak bardzo jestem kruchą i delikatną istotą. Moje przekonanie o samowystarczalności schnie i więdnie, jak niepodlewana begonia. Mój egoizm wrzeszczy i tupie nogami jak rozpuszczony trzylatek, ale ignoruje go – bo co mi po egoizmie, samowystarczalności, jeśli nie mogę zdjąć rolki papieru toaletowego z półki powieszonej za wysoko nad moją głową?!
Na szczęście jest mój chłopak, który oprócz pracy i zajmowania się mieszkaniem, pełni rolę mojego pocieszyciela i... niani. Ten człowiek ma naprawdę pokłady cierpliwości, o które go nigdy nie podejrzewałam. Czasami się stawiam, buntuję, pyskuję, bo czuję się upokorzona tą nadmierną opieką, ale rozmawiamy dużo o tym i wiem, czuję, że on mnie rozumie. Czuję też, że naprawdę mnie kocha. Pierwszy raz w życiu dostaję potwierdzenie miłości w konkretnym działaniu... Wyrzucanie śmieci, sprzątanie kociej kuwety, zakupy, gotowanie, pomoc w myciu włosów i praniu... Coś we mnie topnieje, mięknie. Uczę się prosić o pomoc. Do tej pory to ja pomagałam. Trudna zmiana rol.
Coraz częściej pojawia się we mnie taka myśl...Poprosić o pomoc SZLACHETNĄ PACZKĘ.. Ale odganiam ją od siebie. Ja nie potrzebuję pomocy, poradzę sobie. Jednak skromne oszczędności topnieją, perspektywa Świąt przyprawia mnie o czarną rozpacz. Analizujemy rachunki i wydatki, z czegokolwiek nie utniemy i tak będzie za mało. Miałam sobie kupić zimowe buty, kurtkę... Trzeba tez kupić węgiel. Mój chłopak nie ma czapki, cieplejszej kurtki, przydałyby się ciepłe getry, dresy do spania, skarpetki, ciepłe kapcie... O jedzeniu nie wspominając, trzeba jeszcze wykupić leki i krople do oczu. No i odłożyć pieniądze na wyjazd na kontrole po operacji. Chce mi się płakać. Dostaję od koleżanki sms „Zgadnij, ile wydałam na prezenty”. Nie chce mi się odpowiadać, nie mam siły na to...Kasuję smsa przez łzy...Prezenty...Zapomniałam o nich zupełnie – teraz są ważniejsze sprawy... Jestem zmęczona. Czuję się podle – ratując swój wzrok, muszę słuchać zaleceń lekarza. Nie mogę pracować, nie mam żadnego poczucia bezpieczeństwa. Dobrze, że przysługuje mi chorobowe, kiedyś tam w końcu ZUS mi wypłaci zasiłek... Tylko kiedy? Czy zdążą przed końcem roku?
Pewnego dnia siadam przed komputerem. Czytam historie rodzin z tegorocznej edycji PACZKI Płaczę. Mam do siebie pretensje - jakim prawem porównuję siebie do losu tych ludzi? Nie mogę. To ja powinnam im pomóc, myślę z goryczą kładąc się spać na lewym boku. Oko goi się powoli, szczypiąc i boląc. Jestem do niczego nieprzydatna, nawet nie mogę iść z ankietą do rodziny... Źle mi bardzo.
Mija kolejny dzień. Moja szefowa dzwoni do mnie z pytaniem, czy czegoś nie potrzebuję. Znajomi z pracy przywożą mi zgrzewkę mleka, kawał mięsa, chleb, pasztet... Siedzę w kuchni i ryczę, znowu. Dobro powraca, myślę. To prawda. Ta myśl towarzyszy mi od tej pory codziennie.
Piszę w końcu email do księdza Jacka. Tytułuję go „...tym razem to ja potrzebuję pomocy...” – Piszę o swojej sytuacji, prosząc o pomoc. Piszę i znów płaczę. Nie potrafię mówić o swojej biedzie. Znoszone ubrania, pusta lodówka, zimno, wilgoć – to moje sprawy, ciężka sytuacja rodzinna – sprawa intymna. Opowiadanie o tym obcym ludziom, to jak operacja na otwartym sercu bez znieczulenia.
Zaczynam rozumieć tych ludzi, do których rok wcześniej szliśmy z ankietami. Dotykam sedna problemu, jakim jest bieda - ale tym razem dotykam go własnymi rękami, oczami, sercem. Zaczynam rozumieć, dlaczego bieda jest tak niszcząca i upokarzająca, przy tym tak naprawdę to, co przeżywają potrzebujący, jest nie do wychwycenia ankietami. To nie brak pieniędzy niszczy, tylko to, co przeżywa taki człowiek w sobie.
Pierwszy raz w życiu dowiaduję się o sile wstydu. O jego niszczącej dla człowieka mocy, o tym, jak wypala w środku piętno, które boli. Czasami przez całe życie. Doświadczam lęku, – że ludzie się dowiedzą, że proszę o pomoc, a nie widać po mnie tego, że tak mi ciężko. Że będą się ze mnie śmiać, wytykać palcami, że będę gorsza niż inni... Wracają wspomnienia z dzieciństwa, gdy mojej rodzinie było ciężko – marzenia o zielonych martensach, rozwalone oprawki od okularów związane czerwonym drutem – bo rodziców nie było stać na nową parę. I to często powtarzane przez moja mamę ze smutkiem zdanie „nie mam, córciu, jakbym miała to bym ci dala...” – Tak, zdecydowanie powtarzane za często... I to uczucie wstydu i upokorzenia w szkole, gdy kolejny raz okazywało sie ze z całej klasy tylko ja nie będę mieć pieniędzy na zieloną szkołę, więc jako jedyna na nią nie pojadę...”Nie przesadzaj” powiedziała moja wychowawczyni „to nie są wielkie pieniądze a można poprosić o dofinansowanie”. Czy musze mówić, ż dzieci w szkole są często okrutne i wykorzystują biedę, żeby komuś dowalić?
Tego wieczora proszę „Panie Boże, jeśli będę miała kiedyś dziecko, spraw proszę, żebym umiała je tak wychować, nauczyć je wrażliwości, by nigdy nie skrzywdziło nikogo wyśmiewając go lub naznaczając. Zwłaszcza z powodu biedy...”
Dostaję odpowiedź od księdza Jacka, który przekazuje wolontariuszom mojego maila. Telefon od wolontariuszki, wizyta. Jestem tak zestresowana, że nie potrafię odpowiedzieć na pytania o moje potrzeby. Opowiadam o sytuacji rodziny, o sobie nie potrafię mówić. Na szczęście trafiam na bardzo wrażliwych i delikatnych ludzi – mam czekać na telefon i na spokojnie zastanowić się, co jeszcze by mi było potrzebne.
Po ich wyjściu jakoś tak pusto się robi. Przez chwilę miałam wrażenie, że moje serce się ogrzało – i zastanawiam się, czy swoją osobą umiałam wprowadzić taką ciepłą atmosferę swoim rodzinom rok temu?
Kilka dni później ks. Jacek pyta przez email czy zgodzę się napisać o tym, co przeżyłam dla Paczki. Od razu odpisuję, że tak. Nie mogłabym inaczej postąpić, – jeśli to, co przeżywam i czego doświadczam może pomóc w jakiś sposób, zgadzam się. Wiem, że będzie to trudne, ale nie mogę się wycofać. Serce mi na to nie pozwala.
Kampania Paczki w mediach trwa. Ja również reklamuję akcję sama gdzie się da, wśród znajomych, na naszej klasie, na gg. Moja przyjaciółka przez dwa dni nie może dojść do siebie po tym, jak przeczytała, że jest rodzina, w której miesięcznie na życie dla 10 osób zostaje 900 zł. „To jest 90 zł na osobę! DZIEWIĘĆDZIESIĄT! Tyle wydałam na prezent dla chrześnicy na Mikołaja...” Z dumą widzę, że moja relacja z poprzedniego roku jest w grupie artykułów najwyżej ocenianych na stronie Paczki. Cieszę się, że mogę pomóc w taki sposób...
Dlaczego o tym piszę?
Po pierwsze, żeby uświadomić Tobie, że życie jest kruche a los jest zmienny. Dziś Ty – zdobywasz góry, awansujesz, masz mnóstwo przyjaciół, pieniądze, możesz pozwolić sobie na nowe buty. Kakao pijesz codziennie, nie używasz cukru tylko dlatego, że taki masz teraz kaprys. Jeśli wchodzisz do supermarketu i wrzucasz potrzebne produkty do koszyka nie zwracając zbytniej uwagi na cenę, to znaczy, że jesteś bogaty. Bo oprócz tego, że masz pieniądze, masz też pewność, że Ci na to wystarczy. Ta pewność jest Twoim bogactwem, którego nie ma ponad 8 tysięcy potrzebujących rodzin objętych opieką podczas tegorocznej edycji Szlachetnej Paczki. Czy umiesz to docenić?
Ale życie jest przewrotne. Nigdy nie wiesz, czy za rok nie znajdziesz się „po drugiej stronie bazy danych Wiosny” – jak ja. Rok temu byłam wolontariuszka, posłańcem nadziei i dobrym duchem dla kilku rodzin. Pomocnikiem świętego Mikołaja. Osoba ważna, potrzebna, wyczekiwana. To dla mnie Arek grał piękne kolędy żeby podziękować mi za pomoc.
A dziś? Musiałam zmierzyć się ze swoim wstydem, lękiem, poczuciem winy, przyjąć obcych ludzi pod swój dach i odpowiedzieć im na bardzo trudne pytania. Musiałam przyznać sie, ze potrzebuje pomocy i poprosić o konkretne potrzebne rzeczy – a to jest bardzo, bardzo trudne, nawet dla tak wygadanej osoby jak ja. Czekam z drzemię serca na sygnał od wolontariuszy, ze jest Darczyńca, który zdecydował się zrobić dla mnie paczkę. Marzę sobie, że może ktoś włoży tam coś "ekstra" – może lepszą czekoladę albo kolorowe skarpetki?
Podobnie marzy ponad 8 tys. rodzin – do tylu dotarła Wiosna ze swoimi wolontariuszami. Wolontariuszy brak, potrzebujących rodzin przybywa – rok temu było ich 5 tys., ile będzie za rok?
Jeśli możesz pomoc, pomóż. Wolontariat nie kosztuje wiele – jedynie Twój czas, emocje, zaangażowanie. Zyskać możesz znacznie więcej niż Ci sie wydaje... Pomyśl o tym. Jesteś potrzebny innym ludziom – wiedziałeś o tym?
Po drugie – jest takie określenie „bieda niezawiniona”. Dla większości ogarnia ono pewną statystyczną grupę osób, którym się pomaga. I na tym koniec. Tylko że ta statystyczna plama na sondażowym kółku, to żywi ludzie. Czyjś ojciec, matka, dzieci, babcia, dziadkowie, osoby samotne, chore, ich rodzeństwo, bliscy. Ludzie, którzy codziennie przeżywają wstyd, upokorzenie, żal, bezradność, złość. Jak ja. Ludzie, którzy płaczą codziennie, jak płakałam ja. Ludzie, którzy boją się każdego nowego dnia, z lękiem patrzą w przyszłość. Dla których święta nie zawsze są radosne. Ludzie, którzy nie pójdą po zasiłek, bo - podobnie jak ja – chcą być po prostu traktowani z szacunkiem a nie podejrzewani o chęć oszustwa. Ludzie, którzy mają swoje marzenia i konkretne potrzeby – żeby im pomóc dobrze, trzeba te potrzeby poznać. Ale jak tu opowiadać o marzeniu syna o plecaku adidasa, skoro brakuje pieniędzy na chleb? Jeszcze ktoś weźmie taką osobę za naciągacza i w ogóle nic nie da... Ja marze o tym, żeby przebić uszy – to kosztuje 35 zł. Teraz dla mnie to kwota bardzo duża. No i po co mi kolczyki, skoro brakuje na węgiel? Ale mam takie marzenie i kiedyś je zrealizuje, słowo honoru.
Biedacy mają też prawo marzyć – są takimi samymi ludźmi, jak Ty. Ubogie dzieci mają takie same marzenia jak dzieci zamożne, bo podobają im się te same zabawki, samochody, komputery... Ich rodzice także maja takie „ekskluzywne” marzenia. Bez marzeń nie ma siły do przetrwania kolejnego zimnego dnia, kolejnej choroby dziecka, kolejnej odmowy zasiłku. Bez Marzen nie ma siły do walki.
Dlatego proszę nie odmawiaj ubogim prawa do marzeń. Nie oceniaj pochopnie człowieka, nie umieszczaj go w schematach, które w sobie nosisz. Bądź szlachetny – pozwól innym marzyć i – nie oceniaj. Nie obcinaj ludziom skrzydeł, bo potrzebujemy Aniołów – a widziałeś kiedyś Anioła, który mógł bez tych skrzydeł latać?
To w nas tkwią uśpione Anioły – uśpione Dobro, – które powraca, gdy tylko im otworzymy szeroko okno serca i pozwolimy im wyfrunąć prosto w rozgwieżdżone niebo. Wierzę, że to dobro powróci, – że Agnieszka, Magda, Piotr, Paweł, Arek, Krystian, Gosia – i inne dzieci Paczki, oddadzą kiedyś to Dobro dalej.
Pod warunkiem, że pozwolimy im marzyć.
Magda
Nadal możesz pomóc - zainwestuj w dobro, które przekazuje SZLACHETNA PACZKA - pomóż nam zorganizować jej kolejną edycję! Dokonaj wpłaty.
Zaczynam gorzej widzieć, ale zwalam to na karb zimowego światła, zmęczenia i nadmiaru pracy przy komputerze i papierkach. Układam archiwa, spisuje dane, praca wymaga skupienia i bardzo sprawnych oczu. Co miesiąc zastanawiamy sie z kolegą, czy praca jeszcze będzie, czy nie... Umowa zlecenia przedłużana co miesiąc nie daje poczucia bezpieczeństwa.

Jednocześnie cały czas podczytuję stronę Wiosny. Nie mogę się doczekać kolejnej edycji SZLACHETNEJ PACZKI – opowiadam o swoich przeżyciach znajomym, coraz więcej osób interesuje się tą akcją.
Idę w końcu do okulisty. Diagnoza jest dla mnie jak cios obuchem w głowę – odklejenie siatkówki, konieczna natychmiastowa operacja. Idę ulicą i płaczę ze strachu i niepewności – lekarka przedstawiła mi bardzo długą listę rzeczy, które mogę, a których nie mogę robić. Wynika z tego, że od teraz moje życie ulegnie zmianie. A ja nie lubię zmian. Nie takich...
W klinice chaos. Siedzę zagubiona na korytarzu i patrzę na chorych ludzi, ściskam za rękę mojego chłopaka. Nie chcę być chora, myślę ze złością. Pielęgniarka przeprowadza przez korytarz starszą kobietę, siwą jak gołąb, kobieta nie widzi na oboje oczu – przechodząc przez drzwi gabinetu zahacza ramieniem o klamkę, traci równowagę. Nie chcę być zależna od kogoś, przebiega mi przez głowę, chcę być samowystarczalna! Przeżywam na przemian rozpacz i nadzieję, żal, załamanie. W międzyczasie następny cios: moja mama przechodzi utajony zawał. Trafia do szpitala – tam okazuje się, ze przyczyna jest choroba nowotworowa krwi, czerwienica. Mama rozpoczyna leczenie, ma dobra opiekę... Ale ja nie mogę jej pomóc w żaden sposób, termin operacji juz wkrótce. Ojciec prosi o pomoc w opiece nad chorym bratem – musze mu odmówić, nie mogę nic podnosić ani dźwigać. Czuje się z tym fatalnie. Nie mogę spać, pracować, jeść, jestem przemęczona i osłabiona. Co za czas...
Jest listopad 2009 roku. Jadę do Katowic, do kliniki okulistycznej na operacje oka. W szpitalu odwiedza mnie koleżanka, której siostrę z rodziną wielodzietną zgłaszałam do PACZKI rok wcześniej. Opowiada mi, że i w tym roku przyszli do nich wolontariusze – to wielka radość dla tej rodziny... Na koniec przekazuje mi pozdrowienia od siostry, modlą się całą rodziną za mnie i moją operację... Kładąc się spać coś dławi mnie dalej w gardle – i to nie jest wina śląskiego powietrza...Myślami jestem z wolontariuszami, którzy odwiedzają rodziny, pracują nad baza... Obiecuje sobie, że za rok na pewno dołączę do nich. Teraz muszę wyzdrowieć...
Operacja się udaje, jednak teraz wynik leczenia zależy ode mnie. Nie wolno mi pracować fizycznie, schylać się, podnosić, dźwigać, nagle zmieniać pozycji. Nie wolno mi gwałtownie kaszleć, przeć, kichać, wchodzić po schodach, jeździć na rowerze po wertepach. Mam spać na brzuchu i boku. Zwolnienie lekarskie, bardzo długie i pierwsze zmartwienia – nie wiadomo, kiedy ZUS wypłaci mi chorobowe... Za coś trzeba żyć. Mój chłopak miał obowiązkową rezerwę w pracy – akurat przed świętami mniej zarobi. „Nie martw się, najważniejsze są teraz twoje oczy” mówi i przynosi mi herbatę z sokiem malinowym. Znów coś dławi mnie w gardle...

Jestem nieporadna w codziennym życiu. Nie mogę podnieść czegoś, co spadło ze stołu, bo muszę się schylić. A tego mi nie wolno. Nie mogę podnieść kawałka drewna żeby dorzucić do pieca. Jest ciężki, a mnie nie wolno dźwigać. Mam kłopot z myciem pleców i głowy, bo gdy za mocno ją skręcam, boli mnie oko, mam zawroty głowy. Nie mogę nagle zerwać się z łóżka do telefonu, bo tracę równowagę a do tego boli mnie oko. Nie mogę obrać i pokroić cebuli, bo szczypie, podobnie z przyprawianiem potraw. Banalne zwykle czynności życia codziennego! Dociera do mnie, jak bardzo jestem kruchą i delikatną istotą. Moje przekonanie o samowystarczalności schnie i więdnie, jak niepodlewana begonia. Mój egoizm wrzeszczy i tupie nogami jak rozpuszczony trzylatek, ale ignoruje go – bo co mi po egoizmie, samowystarczalności, jeśli nie mogę zdjąć rolki papieru toaletowego z półki powieszonej za wysoko nad moją głową?!
Na szczęście jest mój chłopak, który oprócz pracy i zajmowania się mieszkaniem, pełni rolę mojego pocieszyciela i... niani. Ten człowiek ma naprawdę pokłady cierpliwości, o które go nigdy nie podejrzewałam. Czasami się stawiam, buntuję, pyskuję, bo czuję się upokorzona tą nadmierną opieką, ale rozmawiamy dużo o tym i wiem, czuję, że on mnie rozumie. Czuję też, że naprawdę mnie kocha. Pierwszy raz w życiu dostaję potwierdzenie miłości w konkretnym działaniu... Wyrzucanie śmieci, sprzątanie kociej kuwety, zakupy, gotowanie, pomoc w myciu włosów i praniu... Coś we mnie topnieje, mięknie. Uczę się prosić o pomoc. Do tej pory to ja pomagałam. Trudna zmiana rol.
Coraz częściej pojawia się we mnie taka myśl...Poprosić o pomoc SZLACHETNĄ PACZKĘ.. Ale odganiam ją od siebie. Ja nie potrzebuję pomocy, poradzę sobie. Jednak skromne oszczędności topnieją, perspektywa Świąt przyprawia mnie o czarną rozpacz. Analizujemy rachunki i wydatki, z czegokolwiek nie utniemy i tak będzie za mało. Miałam sobie kupić zimowe buty, kurtkę... Trzeba tez kupić węgiel. Mój chłopak nie ma czapki, cieplejszej kurtki, przydałyby się ciepłe getry, dresy do spania, skarpetki, ciepłe kapcie... O jedzeniu nie wspominając, trzeba jeszcze wykupić leki i krople do oczu. No i odłożyć pieniądze na wyjazd na kontrole po operacji. Chce mi się płakać. Dostaję od koleżanki sms „Zgadnij, ile wydałam na prezenty”. Nie chce mi się odpowiadać, nie mam siły na to...Kasuję smsa przez łzy...Prezenty...Zapomniałam o nich zupełnie – teraz są ważniejsze sprawy... Jestem zmęczona. Czuję się podle – ratując swój wzrok, muszę słuchać zaleceń lekarza. Nie mogę pracować, nie mam żadnego poczucia bezpieczeństwa. Dobrze, że przysługuje mi chorobowe, kiedyś tam w końcu ZUS mi wypłaci zasiłek... Tylko kiedy? Czy zdążą przed końcem roku?
Pewnego dnia siadam przed komputerem. Czytam historie rodzin z tegorocznej edycji PACZKI Płaczę. Mam do siebie pretensje - jakim prawem porównuję siebie do losu tych ludzi? Nie mogę. To ja powinnam im pomóc, myślę z goryczą kładąc się spać na lewym boku. Oko goi się powoli, szczypiąc i boląc. Jestem do niczego nieprzydatna, nawet nie mogę iść z ankietą do rodziny... Źle mi bardzo.
Mija kolejny dzień. Moja szefowa dzwoni do mnie z pytaniem, czy czegoś nie potrzebuję. Znajomi z pracy przywożą mi zgrzewkę mleka, kawał mięsa, chleb, pasztet... Siedzę w kuchni i ryczę, znowu. Dobro powraca, myślę. To prawda. Ta myśl towarzyszy mi od tej pory codziennie.
Piszę w końcu email do księdza Jacka. Tytułuję go „...tym razem to ja potrzebuję pomocy...” – Piszę o swojej sytuacji, prosząc o pomoc. Piszę i znów płaczę. Nie potrafię mówić o swojej biedzie. Znoszone ubrania, pusta lodówka, zimno, wilgoć – to moje sprawy, ciężka sytuacja rodzinna – sprawa intymna. Opowiadanie o tym obcym ludziom, to jak operacja na otwartym sercu bez znieczulenia.

Zaczynam rozumieć tych ludzi, do których rok wcześniej szliśmy z ankietami. Dotykam sedna problemu, jakim jest bieda - ale tym razem dotykam go własnymi rękami, oczami, sercem. Zaczynam rozumieć, dlaczego bieda jest tak niszcząca i upokarzająca, przy tym tak naprawdę to, co przeżywają potrzebujący, jest nie do wychwycenia ankietami. To nie brak pieniędzy niszczy, tylko to, co przeżywa taki człowiek w sobie.
Pierwszy raz w życiu dowiaduję się o sile wstydu. O jego niszczącej dla człowieka mocy, o tym, jak wypala w środku piętno, które boli. Czasami przez całe życie. Doświadczam lęku, – że ludzie się dowiedzą, że proszę o pomoc, a nie widać po mnie tego, że tak mi ciężko. Że będą się ze mnie śmiać, wytykać palcami, że będę gorsza niż inni... Wracają wspomnienia z dzieciństwa, gdy mojej rodzinie było ciężko – marzenia o zielonych martensach, rozwalone oprawki od okularów związane czerwonym drutem – bo rodziców nie było stać na nową parę. I to często powtarzane przez moja mamę ze smutkiem zdanie „nie mam, córciu, jakbym miała to bym ci dala...” – Tak, zdecydowanie powtarzane za często... I to uczucie wstydu i upokorzenia w szkole, gdy kolejny raz okazywało sie ze z całej klasy tylko ja nie będę mieć pieniędzy na zieloną szkołę, więc jako jedyna na nią nie pojadę...”Nie przesadzaj” powiedziała moja wychowawczyni „to nie są wielkie pieniądze a można poprosić o dofinansowanie”. Czy musze mówić, ż dzieci w szkole są często okrutne i wykorzystują biedę, żeby komuś dowalić?
Tego wieczora proszę „Panie Boże, jeśli będę miała kiedyś dziecko, spraw proszę, żebym umiała je tak wychować, nauczyć je wrażliwości, by nigdy nie skrzywdziło nikogo wyśmiewając go lub naznaczając. Zwłaszcza z powodu biedy...”
Dostaję odpowiedź od księdza Jacka, który przekazuje wolontariuszom mojego maila. Telefon od wolontariuszki, wizyta. Jestem tak zestresowana, że nie potrafię odpowiedzieć na pytania o moje potrzeby. Opowiadam o sytuacji rodziny, o sobie nie potrafię mówić. Na szczęście trafiam na bardzo wrażliwych i delikatnych ludzi – mam czekać na telefon i na spokojnie zastanowić się, co jeszcze by mi było potrzebne.
Po ich wyjściu jakoś tak pusto się robi. Przez chwilę miałam wrażenie, że moje serce się ogrzało – i zastanawiam się, czy swoją osobą umiałam wprowadzić taką ciepłą atmosferę swoim rodzinom rok temu?
Kilka dni później ks. Jacek pyta przez email czy zgodzę się napisać o tym, co przeżyłam dla Paczki. Od razu odpisuję, że tak. Nie mogłabym inaczej postąpić, – jeśli to, co przeżywam i czego doświadczam może pomóc w jakiś sposób, zgadzam się. Wiem, że będzie to trudne, ale nie mogę się wycofać. Serce mi na to nie pozwala.
Kampania Paczki w mediach trwa. Ja również reklamuję akcję sama gdzie się da, wśród znajomych, na naszej klasie, na gg. Moja przyjaciółka przez dwa dni nie może dojść do siebie po tym, jak przeczytała, że jest rodzina, w której miesięcznie na życie dla 10 osób zostaje 900 zł. „To jest 90 zł na osobę! DZIEWIĘĆDZIESIĄT! Tyle wydałam na prezent dla chrześnicy na Mikołaja...” Z dumą widzę, że moja relacja z poprzedniego roku jest w grupie artykułów najwyżej ocenianych na stronie Paczki. Cieszę się, że mogę pomóc w taki sposób...
Dlaczego o tym piszę?
Po pierwsze, żeby uświadomić Tobie, że życie jest kruche a los jest zmienny. Dziś Ty – zdobywasz góry, awansujesz, masz mnóstwo przyjaciół, pieniądze, możesz pozwolić sobie na nowe buty. Kakao pijesz codziennie, nie używasz cukru tylko dlatego, że taki masz teraz kaprys. Jeśli wchodzisz do supermarketu i wrzucasz potrzebne produkty do koszyka nie zwracając zbytniej uwagi na cenę, to znaczy, że jesteś bogaty. Bo oprócz tego, że masz pieniądze, masz też pewność, że Ci na to wystarczy. Ta pewność jest Twoim bogactwem, którego nie ma ponad 8 tysięcy potrzebujących rodzin objętych opieką podczas tegorocznej edycji Szlachetnej Paczki. Czy umiesz to docenić?
Ale życie jest przewrotne. Nigdy nie wiesz, czy za rok nie znajdziesz się „po drugiej stronie bazy danych Wiosny” – jak ja. Rok temu byłam wolontariuszka, posłańcem nadziei i dobrym duchem dla kilku rodzin. Pomocnikiem świętego Mikołaja. Osoba ważna, potrzebna, wyczekiwana. To dla mnie Arek grał piękne kolędy żeby podziękować mi za pomoc.
A dziś? Musiałam zmierzyć się ze swoim wstydem, lękiem, poczuciem winy, przyjąć obcych ludzi pod swój dach i odpowiedzieć im na bardzo trudne pytania. Musiałam przyznać sie, ze potrzebuje pomocy i poprosić o konkretne potrzebne rzeczy – a to jest bardzo, bardzo trudne, nawet dla tak wygadanej osoby jak ja. Czekam z drzemię serca na sygnał od wolontariuszy, ze jest Darczyńca, który zdecydował się zrobić dla mnie paczkę. Marzę sobie, że może ktoś włoży tam coś "ekstra" – może lepszą czekoladę albo kolorowe skarpetki?
Podobnie marzy ponad 8 tys. rodzin – do tylu dotarła Wiosna ze swoimi wolontariuszami. Wolontariuszy brak, potrzebujących rodzin przybywa – rok temu było ich 5 tys., ile będzie za rok?
Jeśli możesz pomoc, pomóż. Wolontariat nie kosztuje wiele – jedynie Twój czas, emocje, zaangażowanie. Zyskać możesz znacznie więcej niż Ci sie wydaje... Pomyśl o tym. Jesteś potrzebny innym ludziom – wiedziałeś o tym?
Po drugie – jest takie określenie „bieda niezawiniona”. Dla większości ogarnia ono pewną statystyczną grupę osób, którym się pomaga. I na tym koniec. Tylko że ta statystyczna plama na sondażowym kółku, to żywi ludzie. Czyjś ojciec, matka, dzieci, babcia, dziadkowie, osoby samotne, chore, ich rodzeństwo, bliscy. Ludzie, którzy codziennie przeżywają wstyd, upokorzenie, żal, bezradność, złość. Jak ja. Ludzie, którzy płaczą codziennie, jak płakałam ja. Ludzie, którzy boją się każdego nowego dnia, z lękiem patrzą w przyszłość. Dla których święta nie zawsze są radosne. Ludzie, którzy nie pójdą po zasiłek, bo - podobnie jak ja – chcą być po prostu traktowani z szacunkiem a nie podejrzewani o chęć oszustwa. Ludzie, którzy mają swoje marzenia i konkretne potrzeby – żeby im pomóc dobrze, trzeba te potrzeby poznać. Ale jak tu opowiadać o marzeniu syna o plecaku adidasa, skoro brakuje pieniędzy na chleb? Jeszcze ktoś weźmie taką osobę za naciągacza i w ogóle nic nie da... Ja marze o tym, żeby przebić uszy – to kosztuje 35 zł. Teraz dla mnie to kwota bardzo duża. No i po co mi kolczyki, skoro brakuje na węgiel? Ale mam takie marzenie i kiedyś je zrealizuje, słowo honoru.
Biedacy mają też prawo marzyć – są takimi samymi ludźmi, jak Ty. Ubogie dzieci mają takie same marzenia jak dzieci zamożne, bo podobają im się te same zabawki, samochody, komputery... Ich rodzice także maja takie „ekskluzywne” marzenia. Bez marzeń nie ma siły do przetrwania kolejnego zimnego dnia, kolejnej choroby dziecka, kolejnej odmowy zasiłku. Bez Marzen nie ma siły do walki.
Dlatego proszę nie odmawiaj ubogim prawa do marzeń. Nie oceniaj pochopnie człowieka, nie umieszczaj go w schematach, które w sobie nosisz. Bądź szlachetny – pozwól innym marzyć i – nie oceniaj. Nie obcinaj ludziom skrzydeł, bo potrzebujemy Aniołów – a widziałeś kiedyś Anioła, który mógł bez tych skrzydeł latać?
To w nas tkwią uśpione Anioły – uśpione Dobro, – które powraca, gdy tylko im otworzymy szeroko okno serca i pozwolimy im wyfrunąć prosto w rozgwieżdżone niebo. Wierzę, że to dobro powróci, – że Agnieszka, Magda, Piotr, Paweł, Arek, Krystian, Gosia – i inne dzieci Paczki, oddadzą kiedyś to Dobro dalej.
Pod warunkiem, że pozwolimy im marzyć.
Magda
Nadal możesz pomóc - zainwestuj w dobro, które przekazuje SZLACHETNA PACZKA - pomóż nam zorganizować jej kolejną edycję! Dokonaj wpłaty.



Przejdź do archiwum



Ten artykuł nie został jeszcze skomentowany