A zaczęło się od nieśmiałych pytań odnoszących się do tego jednego wiszącego w korytarzu plakatu: „SZLACHETNA PACZKA? Czy to ten projekt promowany przez Jerzego Dudka i Real Madryt? Jak wyście go zwerbowali?... To ci, którzy w zeszłym roku zamknęli Grzegorza Turnaua w pudle? To ten niekonwencjonalny ksiądz siedzący w konfesjonale przed supermarketem?...” Pytań pojawiało się coraz więcej, odpowiadałam na każde, na które umiałam, podsyłałam strony, zdjęcia, maile. Opowiadałam o znanych z telewizji osobach zaangażowanych w projekt, o wolontariuszach, którzy wchodzą w trudny świat biedy i stają się super bohaterami, i o rodzinach, które otwierają im ten świat przez skrzypiące, stare drzwi.
Koledzy w pracy słuchali i kiwali głowami: że idea wprawdzie piękna, ale żeby tak poświęcać swój czas dla obcego?... Nie, przecież ledwo starcza go dla siebie samego… A jednak! Ten pogląd wywrócił im się wkrótce do góry nogami. Koleżanka rzuciła hasło: „A ja to bym została wolontariuszem!” Druga zaproponowała: „Ja chcę zrobić taką paczkę! Gdzie mogę wybrać rodzinę? Pomożecie?”
Ruszyła lawina dobroci. Kolega, którego żona spodziewała się dziecka, biegał po sklepach w poszukiwaniu maleńkich bucików dla dziesięciomiesięcznej Oli, najpiękniejszych i najwygodniejszych na tę małą stópkę. Znalazł! "Patrzcie, to najmniejsze buciki świata" - cieszył się jak dziecko. Zakupów było więcej. Nie zapomnę nigdy płyty Justina Biebera, o której dwunastoletnia Ania mówiła, że marzy o niej najbardziej na świecie, a my, wolontariusze i darczyńcy, nie mieliśmy zielonego pojęcia, kim jest ten cały Justin... Płyta zakupiona! Ale będzie radości!
Znajomi w pracy zorganizowali też składkę. Do ręcznie sklejonego pudełka z napisem „SZLACHETNA PACZKA” wrzucaliśmy każdy tyle, ile mógł. Zebrała się pokaźna suma, którą częściowo przeznaczyliśmy na środki spożywcze, kosmetyki i chemię gospodarczą, które znalazły się na liście potrzeb rodziny. Wreszcie ruszyliśmy do salonu po łóżko. Pamiętam eksplozję radości, kiedy jednym głosem wybraliśmy: „To będzie najlepsze!! Jeszcze tylko raz sprawdźmy, czy wymiarami na pewno odpowiada do wielkości mieszkania.. Zgadza się, bierzemy!”
Co się działo później? Osobiście byłam jednym z wolontariuszy w rejonie, w którym mieszkała rodzina, więc uczestniczyłam w przekazywaniu paczki. Było nas czworo, a paczek?... Wiele więcej! Klatka schodowa ciemna, a piętro czwarte. Och… Lekko nie było... Za to widziałam, jak małe, jednopokojowe mieszkanie pani Kasi zapełniało się po brzegi kolorowymi pakunkami, a jej twarz rumieniła się i nie kryła zadziwienia. Na końcu chłopaki wnieśli też łóżko. Usłyszeli tylko: „Nie wierzę, że to dzieje się naprawdę! Dzieci mają wreszcie porządne, wielkie łóżko.”
Parę dni później na skrzynkę mailową każdego z zaangażowanych wolontariuszy przyszedł mail. W załączniku skan kartki świątecznej i listu od pani Kasi: „Dla ludzi o wielkim sercu. Nie umiem wyrazić, jak bardzo jestem Wam wdzięczna za pomoc…”

Komentarze:
Dodaj komentarz 0
Aby dodać komentarz musisz być zalogowanym użytkownkiem. Zaloguj się lub zarejestruj jeżeli nie masz jeszcze konta