Brand

Mioduski: Każdy z nas ma wpływ na swoje życie [WYWIAD]

- Sprawczość każdego człowieka jest ogromna, tylko nie każdy chce to zaakceptować i się do tego przyznać. A jeśli tego nie uznasz, faktycznie życie może przelecieć ci między palcami - z Dariuszem Mioduskim, właścicielem Legii Warszawa, rozmawiamy o tym, jak wytrwale dążyć do swoich celów.

 

 

Agnieszka Czapla: Legia, projekty biznesowe, działalność społeczna. Sporo tego. Ma pan czasem tak, że się panu nie chce?

Dariusz Mioduski: Wstawać rano i mieć doła, bo trzeba iść do roboty - nie, tego nigdy nie miałem. Oczywiście zdarzają się momenty zmęczenia, nieraz muszę robić rzeczy, za którymi nie przepadam. Ale wiem, że to kroki, które prowadzą do celu, na którym mi zależy. Zawsze lubię to, co robię.

Nawet gdy miał pan kilkanaście lat i pracował w McDonaldzie?

- Tak. Po prostu myślałem: "To jest teraz moja praca", i próbowałem znaleźć w tym coś fajnego. Starałem się być jak najlepszy, sam szukałem pomysłów na optymalizację. Do dziś mi to zostało. Nie wierzę, że można robić coś na pół gwizdka i robić to dobrze. Albo angażujesz się w 100 proc., albo odpuszczasz. I szukasz dalej czegoś, w co będziesz chciał włożyć serce i pracę.

Brzmi pięknie. Gdyby nie to, jaką pan ma historię, pomyślałabym wręcz - naiwnie i idealistycznie. Zaczynał pan z rodziną w Ameryce od zera.

- Od zera i w dodatku z łatką "dziwoląga". Wyemigrowaliśmy z Polski w 1981 roku, tuż przed stanem wojennym. Po wielu latach starań w końcu dostaliśmy paszporty i polecieliśmy na dwutygodniowe wczasy do wujka w Houston - taka była wersja oficjalna. Miałem 17 lat, przez pierwsze tygodnie snickersy popijałem fantą. Byłem w niebie, ale nikogo nie znałem. Dopiero po kilku tygodniach, gdy trafiłem do szkoły, znalazłem nowych kolegów. Byliśmy grupą "dziwolągów".

Co było w was dziwnego?

- Ja byłem z Polski - to już wystarczy. Poza tym prawie nie znałem języka i byliśmy ubodzy. A moi nowi przyjaciele albo pochodzili z trudnych rodzin, albo musieli liczyć tylko na siebie w wieku 15 lat. Każdy z nas miał w sobie coś, co wykluczało go ze szkolnego mainstreamu. Łączyła nas koszykówka, mieliśmy ambicje, marzenia i wielką ciekawość świata. Teraz duża część z tych "dziwolągów" daleko zaszła. Okazało się, że ci, którzy byli najbardziej popularni i najfajniejsi, zostali przeciętni. A ci, którzy nie mieścili się w kanonach fajności i popularności, w swoim życiu zrobili coś ciekawego.

To właśnie to środowisko wpłynęło na to, jaki Dariusz Mioduski jest dziś?

- W dużej mierze tak. W ogóle wyjazd do Stanów bardzo mocno na mnie wpłynął. Gdy opuszczałem Polskę, nie widziałem w kraju perspektyw na inne życie. Wtedy wszystkim żyło się mniej więcej podobnie. Nie było ważne, co się robi i jak się to robi - tak wtedy myślałem. Dlatego nie miałem większych ambicji i planów. Gdy trafiłem do Stanów, nagle zrozumiałem, że ode mnie zależy to, co osiągnę i jak będę żył. Oczywiście miałem do pokonania wiele barier: nie znałem angielskiego, musiałem pracować i uczyć się jednocześnie.

W Polsce mój tata był inżynierem na dobrym stanowisku. W Stanach przez pierwsze lata pracowaliśmy fizycznie. Później dostałem pierwszą oficjalną pracę, w McDonaldzie właśnie. Potem kolejne: w supermarkecie, w piekarni i w końcu, gdy już byłem na studiach, wymarzoną pracę w firmie prawniczej. Byłem chłopakiem od wszystkiego - wynoszenia poczty, sprzątania, przenoszenia akt, archiwizacji. Jak mnie poprosili: "Skocz po lunch", to też szedłem. Ale zobaczyłem też, jak funkcjonuje firma prawnicza, jak pracują prawnicy.

To był bardzo cenny okres. Nie tylko przez pracę, ale też przez studia w Houston. Trafiłem po prostu w dobre miejsce i na dobrych ludzi. Jestem wdzięczny Ameryce, że wyzwoliła we mnie inne myślenie. Wszystko, każdy sukces i każda porażka, zaczyna się w nas samych. Sprawczość każdego człowieka jest ogromna, tylko nie każdy chce to zaakceptować i się do tego przyznać. A jeśli tego nie uznasz, faktycznie życie może przelecieć ci między palcami.

Wtedy narodził się pomysł na studia prawnicze na Harvardzie?

- Wtedy zacząłem zdawać sobie sprawę, że nie ma powodu, żebym sam stawiał sobie ograniczenia. Mimo tego, że mój angielski wciąż był kiepski, wystartowałem w wyborach do samorządu i udało mi się do niego dostać. Kończyłem studia już jako prezes samorządu, jeden z najlepszych studentów. Byłem bardzo aktywny, reprezentowałem też interesy studentów w radzie uniwersytetu.

To zbudowało we mnie takie myślenie: jeśli potrafię zrobić takie rzeczy, to czemu nie mogę zrobić jeszcze wielu innych? Nie czekałem, aż ktoś powie, że coś trzeba zrobić. Gdy miałem pomysł, po prostu zaczynałem go realizować. I odważyłem się złożyć wniosek na studia prawnicze na Harvard. Oczywiście, wszyscy stukali się w głowę, wcześniej nikt z mojego uniwersytetu w Houston nie dostał się na studia podyplomowe na jednej z najlepszych szkół prawa na świecie. Ale ja po cichu wierzyłem, że się uda.

Udało się. Na Harvardzie grał pan w koszykówkę z młodym Obamą.

- Harvard to szkoła, która uczy myśleć, budować relacje, rozwiązywać problemy, wymusza też aktywność na innych polach, bo na pracy życie się nie kończy. A potem przyszedł czas na pracę w biznesie. Tak to już chyba jest, że człowiek co jakiś czas musi się na nowo stworzyć i zająć czymś innym. Co nie znaczy, że nie czerpie się z nabytego doświadczenia. Wręcz przeciwnie.

Ile razy pan się tak na nowo "stwarzał"?

- Co najmniej kilka. Gdy wyjechałem do Stanów, gdy zacząłem wracać do Polski w latach 90., gdy przeprowadziłem się do Nowego Jorku, gdy zmieniałem kancelarie, żeby stworzyć praktykę w sektorze energetycznym, gdy odszedłem z prawa i zająłem się międzynarodowymi inwestycjami... To w dużym skrócie. A później gdy zadecydowałem, że chcę założyć własną firmę i robić rzeczy, które kocham, w tym związane z moją pasją do sportu.

Co się stało, że postanowił pan wrócić do Polski?

- To nie był klasyczny powrót. Przyjechałem tu na początku lat 90. jako prawnik reprezentujący kancelarię z Houston. Poczułem zmiany, Polska miała w sobie wtedy niesamowitą energię, która zadziałała jak magnes. Dla młodych ludzi, którzy chcieli robić coś niestandardowego, to było fenomenalne miejsce. Dzisiaj, choć wciąż większość czasu spędzam poza Polską, czuję, że właśnie tutaj jest moje miejsce.

Po latach został pan głównym właścicielem Legii. Dziś jest pan jednym z najważniejszych ludzi w polskiej piłce. Futbol dużo dla pana znaczy?

- Sport dla mnie dużo znaczy, a piłka i koszykówka mają w moim sercu szczególne miejsce. Ja naprawdę to lubię, mecze mógłbym oglądać całymi dniami. Ale sport ma też duży wymiar społeczny i ogromny pozytywny wpływ na dzieci. Ktoś, kto chce zostać profesjonalnym sportowcem, uczy się determinacji, wytrwałości, działania w drużynie. Później może robić cokolwiek innego, ale ta postawa zostanie mu na całe życie. Gdy patrzę na ostatnie 25 lat w Polsce, to widzę, że wszystko poszło do przodu, a sport, szczególnie piłka nożna, zostały w tyle. Pomyślałem, że fajnie byłoby to zmienić. I ta myśl stoi też za pomysłem zaangażowania się w Legię.

Pana charakter też się ukształtował przez sport?

- W pewnym stopniu tak, bo od dziecka grałem w piłkę nożną, w kosza czy w siatkę. Ale nie miałem wystarczającego talentu, żeby zajmować się tym zawodowo. Dziś uwielbiam też narty, tenisa i golfa. Ale jak gra Legia albo Houston Rockets, to jest to specjalny dzień. Zawsze oglądam mecz, a córki ze mną.

Na Gali Szlachetnej Paczki otrzymał pan od ks. Jacka Stryczka kibicowski szalik "Do przerwy 0:3".

- Dowiedziałem się dzień wcześniej, że Jacek zamierza coś takiego zrobić.

To była niespodzianka?

- Tak, Jacek zaskoczył mnie tym pomysłem. Pamiętam, kiedy wyszedł z tym szalikiem na scenę, gdy trzy lata temu odbierał Nagrodę Polskiej Rady Biznesu w kategorii "Działalność społeczna". Miał proste przesłanie - to, że ktoś dziś przegrywa, nie przekreśla jego szans. I to, że na gali Paczki ja dostałem ten szalik, jest dla mnie dużym wyróżnieniem. Staram się nie poddawać, w trudnych momentach nie narzekam, tylko biorę się do roboty. Ten gest jest dla mnie takim potwierdzeniem ze strony Jacka - robisz dobrze, zmieniaj dalej ten świat w ten sposób. Jesteś w naszej drużynie. Myślę, że dużo jeszcze zrobimy razem, Szlachetna Paczka to świetny projekt.

Słyszałam, że jako dziecko chciał pan być księdzem albo kibicem.

- To prawda (śmiech). Gdy miałem 6 lat, fucha księdza wydawała mi się najlepsza. Zbiera na tace, ma za co żyć i jeszcze jest autorytetem.

A 25 lat temu, kiedy pan wrócił, tak wyobrażał pan sobie swoją karierę?

- Nie, ja nie myślę kategoriach, kim chciałbym być za ileś lat. Moim przewodnim motywem w życiu jest to, że chcę zmieniać świat, tworzyć coś nowego. I w projektach biznesowych mam taką możliwość. To mnie kręci. Natomiast jeszcze nie zdarzyło się tak, żebym sobie coś długookresowo zaplanował i to się dokładnie spełniło. Wszystko wychodzi trochę inaczej, niż myślałem na początku. Zwykle lepiej, ale chodzi o to, żeby się nie zamykać, być otwartym na świat i ludzi, trochę dostosować się do zmieniającej rzeczywistości i dostrzegać pojawiające się możliwości. Oczywiście nie można popadać w skrajność, skakanie z kwiatka na kwiatek też nie jest dobre, wtedy nic się nie zrobi dobrze.

Czyli koncentracja na celu z jednoczesną otwartością na zmiany i nowe możliwości?

- Dokładnie. Najważniejsze jest pokonanie własnego strachu. Często tłumaczę to moim córkom, kiedy mówią mi, że coś się nie uda, bo się boją.

Co im pan mówi?

- Wyobraź sobie najgorszą rzecz, która może się zdarzyć, jeśli jednak spróbujesz. Okazuje się, że ta najgorsza rzecz nie jest taka straszna i warto podjąć ryzyko. A jak się nie spróbuje, zawsze sobie potem człowiek myśli - a co by było, gdybym...? Koniec, bo zaczynam mędrkować!

Ale to są cenne rady doświadczonego człowieka i biznesmena.

- Nie lubię udzielania porad. Każdy jest inny i powiedzenie komuś, kto z natury jest nieśmiały i nie lubi ryzykować, "przestań się bać" nic nie da. Lepsze jest szukanie tej odwagi wewnątrz siebie - szukanie swoich silnych stron, próba zrozumienia siebie i otoczenia. A jak już raz spróbujesz, to kolejne podjęcie ryzyka powinno być łatwiejsze.

No chyba że raz nie wyjdzie i się sparzysz.

- I tu jest potrzebna też otwartość na porażki. Konieczna w biznesie, ale chyba też w życiu prywatnym.

Pan je miał?

- Takich momentów było mnóstwo. Pracuję w biznesie inwestycyjnym, a inwestycje z natury są ryzykowne i trzeba nastawić się na to, że część z nich nie wypali. Każdy ma porażki, pytanie powinno brzmieć, co z się tymi porażkami robi. Czy się na nich uczy, czy wciąż popełnia te same błędy. Każda porażka czy trudność to okazja do stania się lepszym. Mi na pewno pomaga optymizm. Szybko zapominam o złych rzeczach. Nie rozpamiętuję, potrafię iść dalej i zostawić z tyłu to, co nie wyszło. Nauczyłem się też, że to, co wydaje się porażką, może się okazać czymś pozytywnym. Prosty przykład - spotykamy się z dziewczyną, chłopakiem, a później jest rozstanie i koniec świata. Jednak potem okazuje się to szczęściem, bo dzięki temu spotykamy miłość swojego życia. Albo w pracy - nie wychodzi projekt, nad którym siedziało się trzy lata, człowiek jest załamany. A chwilę później dzięki temu rodzi się nowy projekt, o wiele lepszy.

Czyli przekuwanie porażki w sukces.

- Dokładnie. Wschodnia filozofia jest mi bliska, wierzę, że istnieje karma. Jedne rzeczy muszą się wydarzyć, a inne nie mogą. Walka z tym nie ma sensu.

Trochę jak wymówka.

- Nie chodzi o to, żeby odpuszczać. Wręcz przeciwnie. Chodzi o to, żeby mieć determinację i mimo porażek iść dalej. Kiedy coś idzie nie po naszej myśli, warto zadać sobie pytanie - jaki ja mam na to wpływ, co mogę zrobić? Co ode mnie zależy, a co nie? Kiedy już coś nie zależy od nas, trzeba się z tym pogodzić i spróbować znaleźć w tym coś dobrego. W zeszłym roku Legia została wyeliminowana z Ligi Mistrzów. Mimo tego, że wygraliśmy dwa mecze, odpadliśmy z rozgrywek. Gdzieś został popełniony formalny błąd. Legia straciła na tym nie tylko duże pieniądze, ale też możliwość bycia pierwszą od 20 lat polską drużyną zakwalifikowaną do Ligi Mistrzów.

Rozpętała się afera dużego formatu, nie tylko w Polsce. Sytuacja była jawnie niesprawiedliwa, choć według interpretacji UEFA wszystko działo się zgodnie z regulaminem. Odebrałem to jako wielką porażkę. Wpadliśmy na pomysł społecznościowej akcji internetowej "Let Football Win - Niech wygra futbol". Zaangażowało się w nią blisko 6 milionów ludzi z całego świata. To chyba największa w historii Polski tego typu akcja. Jednocześnie udało nam się zaprezentować Legię za granicą, zyskała wielu sympatyków, którzy zaangażowali się emocjonalnie.

Teraz, gdy jadę do różnych miejsc na świecie i mówię, że jestem związany z Legią, to po pierwsze, ludzie znają ten klub, co kiedyś nie było tak częste. A po drugie, gratulują nam tej wygranej. W ten sposób porażkę udało nam się zamienić w sukces wizerunkowy, zbudowanie bazy kibiców i w perspektywie na rozwój klubu na arenie międzynarodowej. Tak lubię patrzeć na życie.

Udaje się panu znaleźć czas dla rodziny?

- Często nie ma mnie w Polsce, ale wakacje zawsze spędzamy razem. Wtedy jesteśmy przede wszystkim dla siebie.

Jakie ma pan plany na najbliższy czas?

- Pojawiło się wiele ciekawych pomysłów i projektów. Większość mi się podoba i to jest problem. Musiałbym chyba przestać spać, żeby ogarnąć je wszystkie. Z czegoś będę musiał zrezygnować. I to też jest ważna umiejętność.

 

Szlachetna Paczka i Akademia Przyszłości to 13,5 tys. zaangażowanych wolontariuszy, którzy nie tylko pomagają, ale jednocześnie rozwijają się i mają wpływ na lokalną rzeczywistość. Po więcej informacji sięgnij na superw.pl.

 

 

<<< Powrót do listy artykułów